Naokoło mnie. Ci,
Kategorie

Naokoło mnie. Ci,

Naokoło mnie. Ci, co wiedzieli, nie umieli nam tego tak powiedzieć, abyśmy usłyszeli. Dwie ka­rabiny! Tak samo jak Chil Flam, modlili się o karabiny powstańcy w ciągu sierpnia i września 1944 roku, kiedy Warszawa po­wstała drugi raz. Prawda historii ucieka, jak płód niektórym kobietom. Prawdę historii trzeba w mozole zdobywać na nowo. Lecz biada generacji, która musi ją dopiero sama zdobywać. Biada generacji nieprzygotowanej! We wrześniu 1939 między dwoma nalotami leżąc pod jakimś krzakiem, z jadowitą ironią uprzytomniłem sobie, że jestem przecież auto­rem dwóch książek o wojsku. — Dlaczego roz­pływamy się? Dlaczego giniemy? — pytałem Adolfa Rudnickiego. — Dlatego, że uzbrojenie nasze jest pod psem, dlatego, żeśmy gorsi technicznie, o technice zaś nie ma w two­ich książkach nic prócz głupstw... Dzisiaj nie przypominam tego, aby się pochwalić czy­telnością moich książek. Po to, aby ku mojemu własnemu zdumieniu stwierdzić, iż żyć mogą książki nawet wtedy, gdy dotknięte są brakami najbardziej zasadniczymi. W „Żołnierzach\" nie ma słowa nieprawdy. Służyłem krótko, zaledwie kilka miesięcy, ze­brałem ferment najgorszego, pierwszego okre­su, nie doczekałem się okresu późniejszego, łagodzącego, odbierającego drobiazgom ich gorycz, nie dotarłem do właściwego smaku wojska — wyskoczyłem zbyt szybko! I bodaj że nazajutrz po zwolnieniu zabrałem się do formowania jeszcze gorącego materiału — za wcześnie! Dystans i czas nie zhierarchizowały moich przeżyć, stąd zdumienie, jakie wywołu­ją u zawodowców, przekonanych, iż wojsko nie ma dla nich tajemnic. Gniewa mnie jeszcze wiele innych cech tej książki: mała wydolność, kurza pierś opisy­wanych ludzi. Mniejsza nawet o kurzą pierś! Dopiero dzisiaj widzę, iż cała ta książka od po­czątku do końca była jednym szaleństwem. Ludzie przeze mnie opisani służyli jeszcze, gdy się ona ukazała. Na każdego można było wskazać palcem. Dopiero dzisiaj widzę, j a k ta książka mogła być czytana przez tych, któ­rych wziąłem na kieł. Okropność! Zatem po latach dopiero doszły mnie moje grzechy. I dzisiaj lubię jawny start, ale dzi­siaj staram się go okupić punktem dojścia. Dzisiaj nie piszę, aby demaskować. Nie lubię pisarzy demaskujących. Cóż to za sztuka de­maskować? Kobieta demaskuje, dziecko de­maskuje, pies demaskuje, wszyscy nas demas­kują, na każdym kroku jesteśmy i tak de­maskowani! „Żołnierze\" byli wyzwaniem rzuconym sfe­rom wojskowym. Pomimo to nie miałem oso­bistych przykrości. Na ćwiczenia nie kiero­wano mnie na miejsce przestępstwa, abym wypił, com nawarzył. Gdybym dzisiaj spróbo­wał opisać życie moich utalentowanych przy­jaciół skoncentrowanych w łódzkich domach pisarzy, to albo nikt nie natrafiłby już na mój ślad, albo znaleziono by mnie z rozpłataną głową w moim własnym mieszkaniu. Jan Brzechwa przekonałby potem wszystkich, że przede wszystkim sam sobie byłem winien. „Żołnierze\" pozwalają wejrzeć w metody wychowawcze armii przedwrześniowej, armii, która przegrała. Naturalnie, iż nie metody wy­chowawcze wpłynęły na wynik września, przygotowany przez polityków. Jeśli wolno, n\'\'ech i to jeszcze dodam: nasi politycy przed-wrześniowi byli kołtunami, ale nie większymi niż ci, którzy przygotowali właściwy pogrzeb kontynentu. Czad był równomiernie roz­łożony w Europie, z której wyłączono taką po­tęgę Jak: Związek Radziecki. Niewłaściwy system wychowawczy, uwidoczniony w „Żoł­nierzach\", zyskuje jednakże na wyrazistości przez klęskę wrześniową. Zwycięska armia osłabiłaby moje zarzuty. We wrześniu nie walczyłem razem ze stary­mi towarzyszami broni. Los zetknął mnie tyl­ko z jednym z nich, z Oweńskim. Myślę, że nie wiedział o mojej książce. Wtedy nie miała zresztą znaczenia dla nikogo, we wrześniu nic nie promieniowało na człowieka

Poprzedni - Książek, wtło­czono do
Następny - Z przeszłości, każdy

Strony pokrewne